Konfrontacja dwójki bohaterów podkreśla wady i zalety każdego z nich. Z jednej strony mamy starszego ojca, którego poczucie humoru jest nieco wątpliwe, ale nikomu nie przeszkadza, a z drugiej strony córkę, która twardo stąpa po ziemi, ale jej sukcesy nie przekładają się na poczucie szczęścia.
Ines poznajemy w trakcie realizacji pewnego zadania. Widzimy jak wpasowuje się w istniejącą hierarchię, której początkowym stadium jest jej własna asystentka. Okazuje się jednak, że wymaga to rezygnacji z czasu wolnego i nieustannej mobilizacji do działania. Zmęczenie Ines i jej drzemki, które niekoniecznie wypadają w nocy, podziałały na mnie sugestywnie. Poczułam się zwyczajnie znużona.
Nie mogłam się doczekać, aż bohaterka powie dość, ale zaszło to w dość nieoczekiwanej formie.
Przełomem była scena kiedy Ines śpiewa piosenkę Whitney Houston "Greatest Love Of All".
Kulminacją filmu jest spotkanie integracyjne. Absurdalny pomysł wcielony w życie wprawia w zdumienie. Ines przeżywa rozstrój psychiczny czy raczej posługując się swoim uporem zrywa ze sztucznością i konwenasami, żeby zdobyć się na szczerość? Zgrabne połączenie z wątkiem humorystycznym wywołało lawinę śmiechu na sali, która zaraz potem zamieniła się w łzy wzruszenia. Istne katharsis.
Życie zawodowe, które zastępuje Ines prawdziwe relacje okazuje się większą karykaturą niż nie do końca śmieszny ojciec. Za to jego postawa demaskuje sztuczność biznesowego slangu, skostniałej formy i nienaruszalnej hierarchii.
Z filmu dowiedziałam się też jak sprytnie zapiąć ekspres na plecach, a także, że lepiej nie myć się szamponem, nawet jeśli zabraknie ci akurat mydła. Skutki mogą być nieodwracalne.
Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz